Publikacja: 2010-06-03 23:03:00

Bez podziału na „my” i „oni”
Ta data jest symbolem narodzin polskiego powojennego samorządu lokalnego. 27 maja 1990 roku - to wtedy w Polsce na mocy ustawy z 8 marca odbyły się całkowicie wolne wybory do władz lokalnych.

Do walki o 52 tysiące mandatów radnych stanęło prawie 150 tysięcy kandydatów. Właśnie minęło 20 lat od tego wydarzenia. Dziś Ci, którzy mają za sobą doświadczenie w radach lub we władzach wykonawczych, mówią jednym głosem: samorząd w Polsce się sprawdził. I zaraz dodają: w Piotrkowie też.



W okresie tzw. Polski Ludowej to rady narodowe określone były jako "terenowe organy władzy państwowej i podstawowe organy samorządu społecznego ludu pracującego miast i wsi". Wojewodowie oraz prezydenci i naczelnicy miast i gmin określeni byli mianem "terenowych organów administracji państwowej". Ci pierwsi, wraz prezydentami Warszawy, Krakowa czy Łodzi byli też przedstawicielami rządu na podległym sobie terenie. Jak widać, nie istniało jasne rozróżnienie między administracją państwową, a władzami czysto lokalnymi.



W Konstytucji PRL nie było zresztą takiego pojęcia jak "samorząd terytorialny". Dziś mamy rady gmin, miast, prezydentów wybieranych w wyborach bezpośrednich, a poza tym powiaty i samorządowe województwa. I jak mówią niektórzy - zalążek społeczeństwa obywatelskiego. Podział na "my" i "oni" powoli odchodzi do lamusa. - Dzisiaj nie ma tajemnicy, że była to jedna z najlepszych reform w III RP, niektórzy mówią, że nawet najlepsza - krótko i dobitnie ocenia ustawę z 1990 roku Marek Mazur, przewodniczący Sejmiku Województwa Łódzkiego. - Myślę, że w myśl takiego polskiego powiedzenia, że „koszula bliższa ciału" mieszkańcy mogą dziś współdecydować za pośrednictwem wybranych przez siebie radnych, wójtów czy prezydentów o losach swojej - jak to się dziś pięknie mówi - "Małej Ojczyzny". Oni najlepiej znają swoje problemy czy swoje potrzeby i ta reforma pozwoliła, że Ci mieszkańcy mają bezpośredni wpływ na to, co się może dziać w ich najbliższym otoczeniu. Mieszkańcy przejęli odpowiedzialność za gminę, za siebie, za swoich sąsiadów i to jest - moim zdaniem - ten największy sukces reformy samorządowej. Chodzi nie tylko o samo rozwiązywanie problemów, chodzi też o pewną wizję. Największe i najlepsze wizje rodzą się w samorządzie. Można dać wiele przykładów. Kiedyś o naszych sprawach decydowali ministrowie, decydował rząd. Dziś np. taki Uniejów sobie wymyślił, że u nich będą najnowocześniejsze kompleksy termalne w Europie. Nikt im tego nie narzucił, sami wpadli na taki pomysł. I to się urodziło wśród samorządowców - dodaje Mazur.



„Aller Anfang ist schwer"

Jest takie niemieckie powiedzenie "Każdy początek jest trudny" (Aller Anfang ist schwer), które potwierdziło się również w przypadku tworzenia samorządu piotrkowskiego. W zasadzie nikt nie wiedział, co, kto, gdzie i jak. Wiedziano chyba tylko jedno: po co. A jednak... udało się. - Początki były bardzo pionierskie - wspomina pierwszy prezydent Piotrkowa po 1989 roku Michał Rżanek (1990 - 1996, przewodniczący Rady Miasta 2002 - 2006).



- Najważniejsze, co musieliśmy zrobić, to zmienić mentalność ludzi. I myślę, że to nam się udało. Trzeba było przekonać mieszkańców Piotrkowa, że teraz to od nich wiele zależy - mówi Władysław Adaszek, pierwszy przewodniczący "miejskiego parlamentu" (1990 - 1994, radny do 2002 r.). - Ludzie "starego systemu" byli tak wystraszeni, że bali się i ustępowali. Ja na przykład nie miałem problemu z lewicową opozycją - dodaje.


Wówczas władzę wykonawczą stanowił Zarząd Miasta (prezydent, wiceprezydent, członkowie - maksymalnie 7 osób). Pierwszy obywatel miasta był wybierany przez 40-osobową Radę Miasta. Sam również mógł być radnym. - Łatwo nie było - mówi Michał Rżanek. - Gabinet prezydenta znajduje się na pierwszym piętrze, a sala obrad na parterze i ja, schodząc na sesję, nigdy nie wiedziałem, czy wejdę ponownie na I piętro jako prezydent. I w swojej historii oczywiście miałem taki incydent. Na wniosek o odwołanie prezydenta, przewodniczący RM zapytał: a co jest podstawą? Radny, który zgłaszał wniosek nie za bardzo mógł od razu odpowiedzieć, to rzucił: krawat prezydenta mi się nie podoba. A później w prasie pojawiły się publikacje, że teraz prezydent będzie w muszce występował - dodał były prezydent. Może nie krawat zdecydował, ale w Rżanek końcu został odwołany.



- Prezydent wówczas musiał przyjmować sugestie, uważać na interesy 40 radnych, zrównoważyć je. Wystarczy, że pięciu gdzieś tam się przesunęło i już "rewolucja". Tak jak to miało miejsce w Piotrkowie w 1996 roku. Dokonano wówczas zmiany prezydenta w trakcie kadencji (M. Rżanka zastąpił Andrzej Pol - przyp. aut.) - opowiada ówczesny radny i członek Zarządu Miasta Andrzej Czapla (później także wiceprezydent w gabinecie Waldemara Matusewicz, dziś radny PO).



Zmiany, zmiany, zmiany

Po 10 latach w samorządach przyszła pora na zmiany. Pojawiły się powiaty i samorządy wojewódzkie, a po kolejnych 3 zapadła decyzja o wyborach bezpośrednich wójtów, burmistrzów i prezydentów. W 2002 roku piotrkowianie wybrali w ten sposób Waldemara Matusewicza, byłego marszałka województwa łódzkiego i byłego wicewojewodę piotrkowskiego. W myśl zmian ustawowych zmniejszono także liczbę radnych. W Piotrkowie zamiast 40 w sali obrad zasiadało teraz tylko 23. - Te zmiany były wynikiem określonych doświadczeń, które w samorządach na pewnym etapie zaczęły się dziać. Zmniejszenie liczby radnych to był dobry pomysł. Co do wyboru wójtów, burmistrzów czy prezydentów przez mieszkańców, ja bym to różnie oceniał - mówi radny SLD Bronisław Brylski.



- Jak był Zarząd Miasta, to się głosowało, a dziś, co? Prezydent sam ze sobą będzie głosował?! - pyta retorycznie Czapla. - Słucha lewym uchem, słucha prawym uchem i podejmuje decyzje. Proces decyzyjny jest zatem szybszy. Ale z drugiej strony, co pięć, sześć głów, to nie jedna. W modelowych warunkach lepiej, gdy jest prezydent wybierany w wyborach bezpośrednich. Jeśli jednak prezydent jest nieprzygotowany do rządzenia, bo ma taki rodzaj predyspozycji, jaki ma, i wyższego nie osiągnie, to wtedy zaczyna się problem. Mimo wszystko jestem raczej (ale nie na 100%) za tym układem, który teraz funkcjonuje - dodaje radny PO.



- Obecnie pozycja prezydenta jest o wiele mocniejsza i to zobowiązuje nas, wyborców, mieszkańców, żebyśmy szczególnie w tych wyborach przyglądali się kandydatom, nie słuchali populizmu, nie słuchali licytowania, kto zrobi więcej. To niekoniecznie zawsze się sprawdza. Powinniśmy natomiast patrzeć na solidność kandydatów, na to, co oni do tej pory zrobili, co reprezentują sobą. W tamtych czasach wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci marzyli o tym, żeby być niezależnym od rad. To ścieranie się z radnymi było chodzeniem nad przepaścią. Pewnie, że można było sobie ułożyć stosunku z Radą i mieć spokojne życie, ale za wszystko odpowiadał Zarząd Miasta, w tym przede wszystkim prezydent. Uważam, że ten system jest dużo, dużo lepszy - ocenia M. Rżanek.

 

- Przede wszystkim wybór przez mieszkańców prezydenta czy wójta świadczy o tym, że daje mu się zaufanie. Zmniejszenie ilości radnych ogranicza pewne koszty, ale też daje większą szansę realizacji wielu zadań stojących przed radą - twierdzi tymczasem radny Prawicy Razem Mariusz Staszek.


Władysław Adaszek zastanawia się natomiast nad sensem zmniejszenia liczby radnych. Jego zdaniem to nie był zbyt dobry pomysł. - Uważam, że na takie miasto, jakim w tej chwili jest Piotrków, tak mała liczba radnych niekorzystnie wpływa na działalność rady. Są układy raczej koleżeńskie, w takiej małej grupie jest przecież łatwiej przekonać kolegę. 40-osobowe rady były znacznie lepsze. Widać było, że ta dyskusja coś wnosiła. Jeżeli uchwała, którą zaproponowaliśmy na komisji, przechodziła, to człowiek miał satysfakcję, że ona została uchwalona z przekonania, a nie ze względów politycznych - wyjaśnia b. przewodniczący RM.



Dobrze pracę rady w latach 90. ocenia też A. Czapla. - Najlepiej wspominam kadencję 1994 - 1998, gdy ponad 80% składu Rady Miasta było przygotowane do tej funkcji bardzo dobrze. Wypowiedzi były w większości merytoryczne. A dzisiaj koalicja siedzi, nic nie mówi, opozycja szarpie się, a i tak wszystko jest z góry ustalone. Czy wszyscy radni - z całym szacunkiem - są przygotowani? Jeśli spojrzeć w protokoły z sesji, to niektórzy raz się przez 3,5 roku odezwali, mówiąc: „Ślubuję. Tak mi dopomóż Bóg".



W jakim kierunku podąża samorząd?

- Jeśli obejrzymy się 20 lat wstecz, to została zrobiona znaczna praca nad budowaniem społeczeństwa obywatelskiego funkcjonującego na bazie samorządu lokalnego. Jeszcze przed nami oczywiście dużo pracy, ale z satysfakcją można spojrzeć na te dotychczasowe dokonania samorządów. Należy mieć nadzieję, że dojdziemy do takiego momentu, kiedy wszyscy mieszkańcy tworzący wspólnotę lokalną będą czuć się gospodarzami każdej gminy. A co zmienić? Ja bym oczekiwał, żeby zmieniła się ordynacja wyborcza na typowo większościową, żeby mieszkańcy, członkowie wspólnot samorządowych mieli wyraźny sygnał, że mają wpływ w czasie aktu wyboru na konkretną osobę. A w tej chwili głosuje się na listy - mówi Michał Rżanek.



Podobne zdanie ma Andrzej Czapla. Podkreśla, że bez zmian w ordynacji, samorząd nie zrobi kroku do przodu. - Powinna być mieszana ordynacja wyborcza. Dzisiaj mogą pojawić się osoby znikąd, bo jakiś ważny polityk umieści ich na liście. Przy bezpośrednim wyborze zna się taką osobę z nazwiska, przynajmniej w swoim okręgu wyborczym. Do RM nie powinni się dostawać ludzie przypadkowi.


- To jest bardzo istotne, żeby nie było podziału na „my" i „oni". Chodzi o to, żeby to byli przedstawiciele naszej wspólnej społeczności lokalnej i żeby przez te 4 lata kadencji byli tylko przedłużeniem tych nadziei, postulatów, marzeń, które każda społeczność na pewno ma - uzupełnia byłego kolegę z Zarządu Miasta, Michał Rżanek.



20 lat minęło...

- Ciężko mi oceniać 20 lat samorządności, bowiem radnym jestem dopiero 4 lata. Uważam jednak, że samorząd ma na celu wychodzić naprzeciw mieszkańcom - ocenia Mariusz Staszek. - Każda aktywność jest potrzebna, obojętnie, czego byśmy nie robili. Czy będzie to praca bezpośrednio w Radzie Miejskiej, czy innych podmiotach, które działają - twierdzi z kolei Zenon Łaski, przewodniczący Rady Miejskiej w Tomaszowie Mazowieckim. - Tych 20 lat oceniam pozytywnie, to były ciężkie czasy, ale jednocześnie bardzo udane. Wiele rzeczy się udało zrobić i zmienić na lepsze - ocenia W. Adaszek. Jednocześnie jednak przypomina, że nie wszystko zostało zrealizowane tak, aby miasto mogło się rozwijać jeszcze szybciej i lepiej.



- Jako szef RM chciałem zwolnić właścicieli kamienic z podatku od nieruchomości pod warunkiem, że będą inwestować w swoje budynki. Dwa razy podchodziłem i nie udało się. Gdyby wtedy to przeszło, dziś miasto byłoby dużo ładniejsze. Ale co się odwlecze, to... Bo - jak mówi Marek Mazur: - Władza ma być blisko obywatela, a nawet w rękach obywatela. To on ma mieć wpływ na to, co się dzieje na jego terenie.




Artur Wolski

zródło: Tydzień Trybunalski

Adres: https://www.epiotrkow.pl/news/Bez-podzialu-na-my-i-oni,4698