Przepis na dobre dziecko

Tydzień Trybunalski Piątek, 22 kwietnia 20162 3368
Przepis jest prosty. Należy wziąć miarkę troski, starannie wymieszać z uwagą i skupieniem, dodać do tego zaledwie szczyptę wiedzy. Byleby nie przedobrzyć, gdyż to zdominuje smak potrawy i uczyni ją niestrawną. Wystarczy ilość, która zmieści się na czubku noża. Wreszcie należy wymieszać wszystko z kilkoma pokaźnymi garncami konsekwencji i stanowczości. Na koniec wypiekać około dwadzieścia lat. Można nieco krócej pod warunkiem, że nie uchybimy proporcjom.
Fot. E.Tarnowska - Ciotucha

Wiele lat temu w pewnym ilustrowanym tygodniku znalazłem dający do myślenia rysunek, w zamyśle autora zapewne satyryczny. Rozczochrany dzikus, wspierając się na włóczni, sięga włochatą łapą w głąb tęgiego rozmiaru saganka, pod którym buzuje ognisko i wyciągając zeń niedużą kosteczkę, mruczy przy obgryzaniu z niesmakiem: „o jakie niedobre dziecko, bardzo niedobre dziecko”. Od lat niespełna dwudziestu narasta we mnie mocniejsze z każdym rokiem przekonanie, że mimo postępu, mądrych głów gadających w telewizorach, mimo poradników na półkach, gdzie ezoteryka miesza się z niskiego autoramentu psychologią nadal - a właściwie teraz dopiero - stajemy się podobni wspomnianemu ludożercy. Przez lata konsekwentnie warzymy, w warunkach często urągających elementarnej higienie psychicznej, specjał formującego się młodego życia, popełniając przy tym kardynalne i często nikczemne wręcz błędy, a na koniec, próbując efektów własnej pracy, krzywimy się z niesmakiem konstatując, że to nasze dziecko wyszło nam „niedobre, bardzo niedobre”. Z przykrością pozostaje uznać, że pokolenie młodych matek i młodych ojców naszych czasów to pokolenie dzieciożerców.

 

Wbrew obiegowej – i skądinąd wygodnej – opinii, wychowanie nie jest i nie może być rzeczą szczególnie trudną. Oczywistym dowodem na powyższe pozostaje zwykły rzut oka na historię ludzkiego rodzaju. Uważny czytelnik sam zapewne w tym miejscu zauważył, że nasi dalsi, ale i bliscy przodkowie nie korzystali przecież z dobrodziejstw propedeutyki wychowania, nie oglądali wywiadów z supernianią, nie chadzali do saloników prasowych po żadne „Osobowości” czy kolejne numery jakiś tam „Psychologii Jutro” tak chętnie eksponowanych dziś na półkach prasowych. Mimo to ludzki rodzaj nie wyginął, ciemne średniowiecze wychowało ludzi, którzy inaczej niż współcześni wiedzieli, że bogactwo jest niczym w porównaniu z wartościami duchowymi, a nasze matki i babki wychowały nas znacznie lepiej niż my wychowujemy nasze dzieci. Wychowanie nie może być więc zależne od tajemnej wiedzy pozostającej w dyspozycji psychologów.

 

W rzeczywistości przepis, który autor pragnie zaproponować uprzejmemu czytelnikowi składa się z kilku zaledwie truizmów. Oczywistości, o których w zalewie dobrze brzmiących  i jeszcze lepiej sprzedających się bzdur zapomnieliśmy. Kluczem w sukcesie wychowawczym, którego nam dzisiaj tak bardzo brakuje są sprawy oczywiste, ale chyba zapomniane, a często zapomniane na życzenie bądź w imię rozmaicie rozumianej społecznej i politycznej poprawności. Kiedy bodajże w roku 2007 wykonano jedyne chyba, jak do tej pory w kraju, rozległe badania dotyczące skuteczności wychowawców w naszych szkołach, dla wielu dużym zaskoczeniem był fakt, że respondenci, czyli właśnie uczniowie jako nauczycieli najwyżej ocenianych wskazywali osoby wymagające, często wręcz autorytarne, ale jednocześnie życzliwe uczniowi. Wspomniane badania to tylko przykład, egzemplifikacja faktu, że wśród czynników wychowawczych odpowiedzialnych za sukces pierwsze skrzypce gra konsekwencja oraz coś, co dzisiaj nazywane bywa modnie sprawczością, a co jest niczym innym jak umiejętnością stawiania i egzekwowania wymagań. Wszystko to oczywiście przyprawione obficie jak na wstępie troską i autentyczną życzliwością. Jak w przepisie z początku artykułu.

 

Wspomniane stawianie i egzekwowanie wymagań, obok których krok w krok podąża stawianie granic przy udziale rzeczywistej troski o dziecko okazuje się spełniać dziecięce potrzeby, stwarzając grunt, na którym dojrzewająca dziecięca umysłowość wyrasta w dojrzałe spełnione życie. Wymagania i granice stawiane i egzekwowane konsekwentnie, a to znaczy w sposób stały, niezmienny, zawsze obecny w życiu dziecka czynią świat naszego malca światem przewidywalnym, czytelnym, psychicznie dostępnym i zrozumiałym. Taki świat jest światem bezpiecznym. Takie wychowanie chroni przed lękiem, tym samym jest najlepszą profilaktyką zdrowia psychicznego jaka istnieje, zwłaszcza w tych obszarach, w których pierwsze skrzypce gra lęk, a więc w obszarze nerwic. Nie chodzi wszakże o pruski dryl i zasady dla samych zasad. Przeciwnie, konsekwentne wymagania i granice mają stworzyć dziecku bezpieczną przystań dla rozwoju. Pogardzana i odsądzana dzisiaj od czci represyjność służy w istocie dziecku] podczas gdy liberalizm i wychowanie bez stresu służą wyłącznie rodzicowi, który utwierdzony przez ponownie przywołany poradnik albo panią z telewizji „co się zna” czuje się zwolniony z obowiązku wyegzekwowania ot choćby sprzątania w pokoju, bo przecież jego pociecha ma swoje prawa i bałagan jak chce mieć, to niech ma. Tak przecież w telewizji powiedzieli.

Inny obrazek z przedszkola. Malec lat cztery, przed nim skonfundowana mama. Pogoda za oknem straszna, siąpi deszcz, ziąb straszny. Matka dłuższy czas tłumaczy dziecku, że chłodno, że zaziębi się, że trzeba włożyć kurtkę. Chłopiec odmawia. Matka zerka na bok. Wokół pozostali rodzice niby zajęci swoimi sprawami, uważnie śledzą rozwój wypadków. Gotowi przypomnieć, gdyby była taka potrzeba, że dziecku przemocą kurtki włożyć nie wolno, trzeba tłumaczyć, przymus fizyczny jest niedopuszczalny. Gdyby trzeba było mogą nawet zgłosić gdzie trzeba. Zrezygnowana matka nawet nie próbuje założyć chłopcu nieszczęsnej kurtki i powoli zaczyna myśleć w duchu poprawności naszej epoki, że musi konieczność ciepłego ubrania czterolatkowi jakoś wytłumaczyć.

 

Rodzic, który daje poczucie bezpieczeństwa to silny rodzic. Rodzic bohater na miarę superbohaterów z komiksów. Rodzic, który jak superman może uratować ziemię. Jakże to marny superman, który nie tylko nie uratuje ziemi, ale nawet kurtki nie jest w stanie założyć mi na grzbiet – myśli nasz czterolatek. Oczywiście niekoniecznie tymi słowy i niekoniecznie w ogóle ubierając myśli w słowa. Niemniej ostatecznym efektem powyższego obrazka, zwłaszcza jeśli nie jest on incydentalny, pozostaje głębokie poczucie, że nasz rodzic jest słaby i bezradny, że nie można na nim polegać, że nie ochroni nas przed niczym, że trzeba w związku z tym się bać. Słaby rodzic to rodzic lękorodny. Silny rodzic, który w miejsce zbędnych tłumaczeń zakłada Kaziowi kurtkę i dopiero wracając za rękę do domu tłumaczy, że ubranie jest konieczne, aby się nie przeziębić to rodzic, o którym psycholodzy mówią, że jest sprawczy – umie sprawić, aby woli jego stało się zadość. Woli rodzica, a nie dziecka. Woli wychowania ku temu, aby w dorosłości żyć mądrze, nie wyrządzając szkód sobie i innym.

 

Tymczasem wokół nas takich rodziców i wychowawców na miarę naszych babek i matek jak na lekarstwo. Króluje bylejakość wychowawcza podszyta wygodą własną i lenistwem, a racjonalizowana przez rozmaite autorytety i słuszne opinie podnoszące a to prawa dziecka, a to jego wolność a to wreszcie partnerski status wobec swoich ojców. Nasze dzieci nie potrzebują w nas przyjaciół, kumpli i partnerów. Tych mają w szkołach i na podwórkach, a może raczej na fejsbukach. W rodzicach potrzebują widzieć i posiadać rodziców. Silnych, sprawczych superbohaterów, którzy na dodatek jeszcze ich kochają.

 

Wszystko to jest - jak śpiewał Kazik Staszewski w jednej ze swoich piosenek – jak z Ionesco. Takie Ionesco – Grotesko, tyle tylko, że genialny rumuński dramaturg w oparach absurdu tworzył rzeczy wielkie, my natomiast w tych samych oparach absurdu poprzez zgodę na źle rozumianą wolność i prawa dziecka, wygodę liberalizmu i własną niechęć do wysiłku tworzymy rzeczy nikczemnie małe. Wyrzekając się przez zaniedbanie i lenistwo prawdziwego wychowania, prawdziwie zasługujemy na zawstydzające miano dzieciożerców. Jeżeli uprzejmy czytelnik czuje potrzebę pozbycia się tej etykiety tych parę zapomnianych truizmów jest dla niego. 

 

M.Szulc


Zainteresował temat?

3

0


Komentarze (2)

Zaloguj się: FacebookGoogleKonto ePiotrkow.pl
loading
Portal epiotrkow.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników. Osoby komentujące czynią to na swoją odpowiedzialność karną lub cywilną.

gościówka ^^ ~gościówka ^^ (Gość)26.04.2016 10:26

Jak zawsze świetny artykuł Panie Michale! :)

00


co za mądrości ~co za mądrości (Gość)25.04.2016 19:21

Korczak był najlepszy

10


reklama

Społeczność

Doceniamy za wyłączenie AdBlocka na naszym portalu. Postaramy się, aby reklamy nie zakłócały przeglądania strony. Jeśli jakaś reklama lub umiejscowienie jej spowoduje dyskomfort prosimy, poinformuj nas o tym!

Życzymy miłego przeglądania naszej strony!

zamknij komunikat