Gra zespołowa dla „9”

Środa, 30 września 20200 924
Wśród projektantów mody (moich kolegów zatrudnionych w państwowych firmach) tylko niewielu interesowało się sportem. W „Modzie Polskiej”, gdzie byłam zakotwiczona, z łatwością przejęłam temat ubiorów reprezentacyjnych polskich zawodników na olimpiady, mistrzostwa świata, defilady. Ani dyrekcja firmy, ani komitet olimpijski nie śledzili zbytnio sposobu realizacji kolekcji, aż do czasu formalnego przeglądu. Tylko dział zaopatrzenia, pracownia krawiecka i fabryki tkanin pilnowały poziomu zlecenia. Wszędzie spotykałam kibiców - w fabrykach kapeluszy, krawatów, toreb podróżnych i ozdobnych znaczków.
fot. Sven Mandel/Wikimedia

 

Pierwsza olimpiada zimowa w Grenoble została skwitowana w „Życiu Warszawy” satyrycznym rysunkiem Lecha Zahorskiego. Oto trzej polscy zawodnicy stoją na pudle rozebrani do rosołu, bo odnieśli tylko sukces w sprzedaży strojów defiladowych, czyli słynnych białych kożuszków. Gazeta drukowała całe szpalty listów czytelników krytykujących takie postępowanie reprezentantów Polski Ludowej.

 

Następnie moje zderzenie ze sportami zimowymi i modą to rok. Olimpiada w Sapporo. Miałam pół roku na pomysł, realizację i zmagania z biurokracją. Pomyślałam za Wyspiańskim: „Po co pisać, jak można namalować”. Z trzema projektami ruszyłam w góry szukać najwyższego autorytetu - pana Stanisława Marusarza. Spojrzał, stuknął palcem i powiedział: „Ten!” i już. Gnałam na powrotny express do Warszawy. Sapporo hej! Planowałam pokazać Japończykom super konstrukcję i nowoczesne wykończenia z akcentami polskiego folkloru. Surowce wyborne: skóra, futro i czysta żywa wełna. Krytykowane przez W. Fortunę czapeczki, elastyczne spodnie i buty - zapewniał Komitet Olimpijski. Bezkonkurencyjne zakopiańskie zakłady wzorcowe miały surowce i fachowców. Niespodziewanie weszłam na kurs kolizyjny z… góralami, którzy pracowali, ale po skoszeniu zboża na swoich zboczach. Wzmocnieni góralską herbatką zaczynali: „Co tam nasza pani z Warszawy wymyśliła?”

 

W Bukowinie dotarłam do Jana Kuchty - rzemieślnika z duszą artysty. Tworzył zapięcia/spinki, zwane przez ceprów parzenicami. Zrobił dla polskiej ekipy srebrne, ręcznie kute, jako dopinki do swetrów. Zaprosił mnie do swojej pracowni, ubrał w strój góralski, ujawnił, gdzie góral chowa dutki. Kompletne stroje defiladowe ze skórzanymi torbami lotniczymi prezentowały się pięknie. Dwudziestoosobowa ekipa defilowała w Sapporo nieświadoma, że w nieformalnym rankingu dziennikarzy sportowych akredytowanych przy olimpiadzie została uznana za najlepiej ubraną drużynę narodową. Gdy zadzwonił telefon z Japonii usłyszałam o tym od korespondenta TVP w Niemczech - pana Edwarda Kmiecika: „Pełna kreacja pani Karolino!” Do końca zimy po nowym świecie, który był salonem stolicy, pojawiały się już na nowych właścicielach kożuchy olimpijskie. Prawdopodobnie były zbyt charakterystyczne dla działaczy sportowych.

 

XXI wiek zmienił wszystko. Realizację strojów sportowych i defiladowych przejęły globalne marki. Stosują nowe technologie szycia, nowe tkaniny. Pomysłem wyjściowym są dresy. Defilada zmieniła się w widowisko telewizyjne. Wybitni sportowcy odpoczywają do zawodów w wiosce olimpijskiej. Pozostali bez opamiętania robią selfie lub miny do kamery. Mimo to oglądam wszystkie otwarcia olimpiad. Moją niezapomnianą pozostanie ta w Barcelonie.

 

Indywidualnie, moją zimową gwiazdą była Wanda Rutkiewicz - zdobywczyni Mount Everestu. Byłam dla niej gotowa do współpracy i przyjaźni na gruncie prywatnym. Genialna sportsmenka i szlachetny człowiek. Ubierałam ją na sesje w Tu Italia, sylwester na zamku w Golubiu i całą damską ekipę himalaistek na wizytę u króla Nepalu. Mówiła do mnie: „Sprawdzaj związki mody z resztą życia”. Odpowiadałam rysunkami.

Nie wszystkie plany projektantki związanej ze sportem kończą się w strefie medalowej. W piłce nożnej pozostałam kibicem. Często czuję się jak dwunasty gracz na boisku. Najchętniej na pozycji pomocnika. Oceniam nowe kostiumy drużyny, kolorowe kolce, fantazyjne fryzury, a także sportową elegancję poza boiskiem, np. na balach mistrzów sportu.

 

Kiedy Robert Lewandowski ustalił listę gości weselnych, otrzymałam bardzo miłą propozycję zaprojektowania kreacji dla bliskiej mu osoby. Miarom towarzyszyła aura tajemniczości. Teraz już mogę powiedzieć, że długa suknia z krepy o linii tuby w kolorze szafirowym leżała perfekcyjnie. Poczułam, że gram w lidze mistrzów. Dzięki uprzejmości mojej klientki, mama pana Roberta zawiozła do Niemiec moje życzenia dla młodej pary, prośbę o autograf, oryginalną koszulkę i odpowiedni pisak.

 

„Mission: Impossible” - spełniło się! LewanGOLski jest w Piotrkowie! Jest taka kancelaria, gdzie na koszulce Borussii Dortmund z numerem 9 jest imienna dedykacja od Lewego. Są też na cichej kwiatowej ulicy w Piotrkowie dwie entuzjastki piłki nożnej. Wołają po każdym golu pana Robert: „Hu! Hu! Hej!”

 

Dzisiaj środa; zapowiada się wielki mecz. Bayern gra! Lewy strzela! Będziemy pohukiwać. Mimo, mimo, że… razem mamy 170 lat. Takie piotrkowianki! Panie prezydencie może dyplom uznania i podziwu? Gdyby nie, mogę oświadczyć, że chętnie będę patronować grupie kibiców Strefy FM. Policzymy się! Zaprojektuję znaczek i pohukamy na antenie.

 


Kalina Paroll

 

 

 

 

 


Zainteresował temat?

0

0


Komentarze (0)

Zaloguj się: FacebookGoogleKonto ePiotrkow.pl
loading
Portal epiotrkow.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników. Osoby komentujące czynią to na swoją odpowiedzialność karną lub cywilną.

Na tym forum nie ma jeszcze wpisów
reklama

Społeczność

Doceniamy za wyłączenie AdBlocka na naszym portalu. Postaramy się, aby reklamy nie zakłócały przeglądania strony. Jeśli jakaś reklama lub umiejscowienie jej spowoduje dyskomfort prosimy, poinformuj nas o tym!

Życzymy miłego przeglądania naszej strony!

zamknij komunikat