35 lat temu zabił po raz pierwszy

Tydzień Trybunalski Sobota, 17 kwietnia 202117 10883
Trzy dni przed swoimi 43 urodzinami zabił po raz pierwszy. To było 35 lat temu, gdy Henryk Moruś wszedł do domu swojego kolegi z pracy i zabił jego żonę. Sześć lat później pozbawił życia następne osoby. Łącznie siedem. Choć został skazany na karę śmierci, zmarł w więzieniu wiele lat po wyroku. Dziś przypominamy historię seryjnego zabójcy z Sulejowa ostatniego Polaka skazanego na śmierć.
fot. pixabay.com / leo2014

„Oskarżony wstał i donośnym głosem zaczął wykrzykiwać: Co wy chcecie ode mnie, traktujecie mnie jak mordercę, najlepiej od razu mnie zastrzelcie. Podczas opuszczania celi przez obrońcę oskarżony również usiłował ją opuścić odgrażając się nam” – to notatka służbowa sierżanta policji z października 1994 roku. Henryk Moruś ponownie stawał przed Sądem Wojewódzkim w Piotrkowie oskarżony o zabójstwo 7 osób. Rok wcześniej został skazany na karę śmierci, ale po apelacji w Łodzi sprawa ponownie trafiła do stolicy ówczesnego województwa piotrkowskiego. Zabójca z Sulejowa nie był już wtedy jednak tak rozmowny, nie przyznawał się winy, w sądzie zachowywał się prowokacyjnie. Ale pozostały jego zeznania ze śledztwa. A te były wstrząsające.

 

Henryk Moruś urodził się w 1943 roku w Sulejowie, tam też mieszkał z żoną i trójką swoich synów. W 1993 roku, gdy pierwszy raz stawał przed sądem dzieci miały od 12 do 22 lat. W szkole uczniem był słabym, powtarzał klasy od V do VIII. Pracował jako murarz piecowy w Fabryce Maszyn Górniczych PIOMA w Piotrkowie. Joanna Podgórska w książce „Prokurator. Kobieta, która się nie bała” tak opisała Morusia: „Był jedynakiem. Matka ciągle się leczyła, bo – jak wspomina – miała coś z głową. Ojciec, autorytarny rygorystyczny typ narzucał swoje zdanie i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Jak trzeba było to także biciem. (…) Nauczył się murarki i w tym zawodzie pracował. Ale też trochę kradł i dwa razy za to wylądował w więzieniu”.

 

- Wyjaśnił, że z Eugeniuszem Grabowskim pracowali w jednym zakładzie na różnych zmianach – czytamy w akcie oskarżenia. W czasie tej pracy doszło pomiędzy nimi do nieporozumienia na tle zbyt wczesnych godzin opuszczania pracy przez Morusia. To stało się powodem, iż rzekomo Grabowski miał donieść na niego do kierownika zmiany, który z kolei zwrócił Morusiowi uwagę. W nim – mowa o podejrzanym – narodziła się złość – chęć zemsty. Mając broń postanowił zabić Grabiowskiego. Ten mieszkał we Włodzimierzowie. Moruś pojechał do jego domu, wziął ze sobą broń, którą znalazł swego czasu w zabudowaniach należących do jego rodziców. Był to karabin BRNO produkcji czechosłowackiej. Miał też ok. 50 sztuk naboi. Wszedł do domu Grabowskich, wykręcił bezpieczniki. Gdy znalazł się w kuchni zobaczył kobietę i zapytał ją o męża. Powiedziała, że nie wrócił z pracy . Aby nie zostać rozpoznany świecił jej latarką w twarz. Zobaczyła broń, uklękła i prosiła aby nie strzelał. Ten jednak oddał strzał mierząc w jej czoło. Po przeładowaniu oddał również drugi strzał, także w głowę. – Zamierzałem zabić Grabowskiego, a nie jego żonę. Do żony nic nie miałem – mówił w śledztwie. Kiedy pierwszy raz strzelałem, kobieta ta klęczała na podłodze prosząc mnie, abym jej nie zabijał, abym nie strzelał. (…) Nie było w mieszkaniu tak ciemno, odbijało się światło z ulicy, po pierwszym strzale kobita upadła na podłogę, załadowałem broń jeszcze raz, łuskę schowałem do kieszeni, nie chciałem by została na miejscu.

 

Znalazł portmonetkę w której było mniej niż 5000 zł, zabrał też butelkę spirytusu oraz dwie butelki wódki i butelkę szampana.

 

To był 1986 rok, do kolejnych zabójstw doszło 6 lat później. Jednak zdaniem emerytowanego policjanta Janusza Sielskiego, który wcześniej pracował przy sprawie Mariusza Trynkiewicza, Moruś mógł zabić jeszcze wcześniej. Jak nam powiedział, podejrzewa go o zabicie w czerwcu 1981 roku taksówkarza Stanisława Sobieraja. – Te sam modus operandi. Dwa strzały w odległości około 4,5 cm. Robiłem oględziny tego samochodu, zdjąłem odciski palców z drzwi, lusterka, bagażnika. Ale potem się okazało, że ślady zginęły. I o czym tu gadać – podkreślił w rozmowie z naszą redakcją.

 

Henryk Moruś nigdy nie przyznał się do tej zbrodni.

 

W śledztwie przyznał się natomiast do zabicia emerytowanej nauczycielki Danuty Krawczyk. Było to w styczniu 1992 roku. Najpierw przyjechał na rekonsensans. Wszedł do sklepu „1001 drobiazgów” przy Wojska Polskiego w Piotrkowie. Zdecydował się na rabunek w nim, bo był na uboczu. Stojącego przed sklepem zauważyła wnuczka Danuty Krawczyk. Widziała mężczyznę z brodą. Do tragicznego zdarzenia doszło 4 dni później, 14 stycznia. Moruś od Sulejowskiej szedł pieszo, boczną drogą w pobliżu cmentarza, gdzie załadował broń. Wszedł do sklepu po jego otwarciu tuż za sprzedawczynią, wyjął broń i celując w Danutę zażądał pieniędzy. Pokrzywdzona odpowiedziała, że nie ma i zamierzała uderzyć napastnika trzymaną w ręce torebką. Oskarżony strzelił mierząc w czoło. Upadła, Moruś wyrwał z ręki torebkę i reklamówkę. W torebce było 1 mln 700 tysięcy (po denominacji 170 zł), 2 czeki i dokumenty. Zabrał też pogotowie kasowe – 580 tys. Okazało się, że nie zauważył 2 mln 840 tysięcy, które schowane były w dokumentach. Właścicielem sklepu był pan Tadeusz Tazbir. - Byłem wtedy na działce w Poniatowie. Przyjechała moja mama z informacją, że muszę jechać do Piotrkowa, bo pani Danusia umarła. Przyjechałem, była policja na miejscu, wzięli mnie na posterunek. Nie chciałem oglądać zwłok, bo nie byłem przyzwyczajony, a poza tym wolałem ją zachować w pamięci jako żywą – wspominał po latach w rozmowie z Radiem Strefa FM Piotrków.

 

 

„Życie ludzkie miało dla oskarżonego wyjątkowo niską wartość. Zabijał wszystkie ofiary, żeby je okraść chociaż w większości przypadków mógł to uczynić nie zabijając” – stwierdzili lekarze badający Morusia przebywającego na obserwacji na Oddziale Psychiatrycznym Szpitala Zakładu karnego nr 2 w Łodzi. Stwierdził wówczas, że miał pretensje do całego świata, nie chciał żyć, ale nie chciał popełnić samobójstwa. Jako motyw zabójstw i na ich niejako usprawiedliwienie podał psychiatrom, że miał niską rentę, 1 mln zł miesięcznie, która nie wystarczała na utrzymanie siebie i rodziny.

 

W Piotrkowie za bardzo się „nie obłowił”, dlatego postanowił pojechać nieco dalej. 16 stycznia 1992 roku Moruś dotarł do Koluszek. W pobliżu dworca PKP wszedł do sklepu, gdzie był kantor. Obserwował go aż do zamknięcia sklepu. Wrócił do domu. Dzień później wziął broń i pojechał znowu do Koluszek. Gdy właściciel Andrzej Kłosiński zamknął sklep, ten poszedł za nim. Gdy zbliżyli się do osiedla mieszkaniowego Moruś podszedł do ofiary i strzelił w tył głowy. Kłosiński upadł, zabójca wyrwał mu torbę i zaczął uciekać. W parku przejrzał jej zawartość, znalazł pieniądze – 1,5 mln zł (150 zl). Ciało zauważyła mieszkanka pobliskiego bloku. Mężczyzna jeszcze żył, niestety zmarł w szpitalu. Okazało się, że Moruś był kiepskim złodziejem. Policja przy ofierze znalazła: pistolet gazowy, zegarek, obrączkę oraz saszetkę z pieniędzmi. Było w niej 12 tys. forintów, 100 koron duńskich, 3.570 marek RFN, 861 dolarów, 35 funtów, 200 franków, 90 szylingów i 4 mln 800 tys. zł.

W 1992 roku średnia pensja wynosiła około trzech milionów, chleb kosztował nieco ponad 6 tysięcy złotych, a kilogram schabu 90 tysięcy złotych.

 

Kolejnych zabójstw Henryk Moruś dokonał pół roku później. Najpierw postanowił wzbogacić się kosztem mieszkającego w Sulejowie małżeństwa Beśków. 11 czerwca 1992 roku włamał się do ich domu przez piwnicę. Scyzorykiem wydłubał kit wokół dwóch szyb – trwało to około godziny. Zostawił ślady linii papilarnych, dzięki temu policja mogła go później namierzyć. Broń miał załadowaną jednym pociskiem, ponieważ była to broń jednostrzałowa. Wszedł do piwnicy, potem do domu i do pokoju gdzie spali: Zdzisława i Mieczysław Beśkowie. Najpierw z odległości 1,5 m strzelił do mężczyzny, strzał obudził kobietę. Zaczęła krzyczeć i rzuciła się na Morusia. Doszło do szamotaniny, oskarżony zaczął ją dusić. Korzystając z jej chwilowego zamroczenia przeładował broń i strzelił jej w czoło.

 

Z aktu oskarżenia: „W momencie oddawania strzału zdaniem Henryka Morusia, kobieta siedziała lub klęczała na łóżku, a sam strzał spowodował, iż ciało jej przechyliło się ku przodowi. Bojąc się, aby kobieta nie spadła na podłogę, …. złapałem ją za nogi i ręce i położyłem na łóżku . Położyłem ją w pozycji na plecach w ten sposób, że nogi miała na podłodze, resztę ciała na łóżku. Wydaje mi się, że kobieta miała dół ciała swojego obnażony, goły. Piersi jej nie widziałem, więc widocznie musiała mieć coś na górze. Nie myślałem o tym, czy ci ludzie żyją czy też nie”.

 

Po zabiciu gospodarzy zaczął przeszukiwać dom. Znalazł teczkę, w której było 500 tys. zł. Zabrał też złotą biżuterię – 2 obrączki, 3 pierścionki, 2 łańcuszki.

 

„Osobowość oskarżonego ukształtowana jest nieprawidłowo z cechami paranoidalnymi. Charakteryzuje się postawą nieufności i wrogości wobec otoczenia, obniżeniem uczuciowości wyższej oraz zaleganiem negatywnych napięć psychicznych” (z opinii lekarzy psychiatrów) .

26 czerwca 1992 roku Moruś pojechał do Tomaszowa. Wziął broń. Na targu szukał osób, które mogą mieć pieniądze. Wybór padł na Jarosława Kszczota. Moruś powiedział, że chce kupić od ofiary 3 tony cementu. Trzeba go zawieźć do Golesz. Obaj wsiedli do auta. Pojechali m.in. do Tomaszowa, gdzie ofiara zawiozła cement Romanowi Laskowi, ten wsiadł do auta i usiadł koło Morusia. Po wyładowaniu cementu zapłacił. Lasek później dokładnie opisał zabójcę z Sulejowa, dzięki czemu policjanci mieli doskonały portret pamięciowy. – Ale gdy chodziliśmy z tym portretem po całym Sulejowie, to nikt go nie rozpoznał, dopiero po aresztowaniu okazało się, że to go ludzie poznali – wspominał w rozmowie z nami Janusz Sielski.

 

Kszczot i jego zabójca pojechali Starem w kierunku Golesz. Moruś kazał kierowcy skręcić w leśną drogę, mówiąc, że tu mieszka. Po wjechaniu w las wyjął broń i kazał zatrzymać auto. Zażądał pieniędzy, mężczyzna odmówił. Moruś strzelił mu w głowę. Zabrał portfel, w którym było ok. 14 mln oraz dokumenty.

 

Oskarżony pośpiesznie wysiadł z samochodu i szedł w kierunku Koła. Zobaczył autobus i zaczął biec, ale się spóźnił. Biegnącego widział świadek, który powiedział do Morusia „Lepiej przyjść 5 min wcześniej, niż, minutę za późno”. Zapamiętał twarz mężczyzny z brodą.

Jarosława Kszczota znalazł na szosie Golesze – Adamów kierowca poloneza. Jeszcze żył. Zmarł następnego dnia rano w klinice neurochirurgicznej w Łodzi.

 

„Charakterystyczne w działaniu oskarżonego jest to, że zawsze celował w głowę wiedząc, że ofiara nie będzie miała szans na przeżycie. Skutek w postaci śmierci ofiary był zawsze bezpośrednim jego zamiarem” (z opinii lekarzy psychiatrów).

 

Ostatnia ofiara miała pecha, bo jechała z nim autobusem z Piotrkowa do Sulejowa. Był nią Józef Jęcek, mieszkaniec wsi Ciechomin w gminie Aleksandrów. Żalił się, że nie ma przyjaciół i czuje się samotny, podał swój adres i zaprosił Morusia do siebie. Panowie pili alkohol. Tego dnia sprawca był widziany w sklepie, gdzie kupował wino. Powiedział świadkowi, że „trenuje” u Jęcka. Podczas suto zakrapianej imprezy doszło do szarpaniny, bo gospodarz powiedział, że nie ma pieniędzy na kolejny alkohol. Moruś pchnął Jęcka na podłogę, a potem wyjął broń i strzelił mu w głowę. - „Strzeliłem po to, aby zabić” – mówił potem śledczym.

 

Dopiero po 2 dniach zorientowano się, że ofiara nie zabiera krów z łąki. Sąsiedzi poszli do Jęcka i zauważyli go leżącego. Co ciekawe lekarz z Gminnego Ośrodka Zdrowia w Aleksandrowie nie zauważył rany postrzałowej głowy i stwierdził, że Jęcek zmarł z przyczyn naturalnych (niewydolność krążeniowo – oddechowa). W książce Podgórskiej jeden z policjantów tak tłumaczył pomyłkę lekarza: „Moruś używał broni małokalibrowej, która nie zostawia dużych śladów. Można było przeoczyć wlot kuli ukryty pod włosami. Gdy znaleźliśmy martwą ekspedientkę z „1001 drobiazgów”, koledzy w pierwszym momencie nie mogli uwierzyć, że została zastrzelona. Miała na czole tylko małą kropkę”.

 

„Gdy zabijał, odczuwał potrzebę zemsty za coś i za to, że mu się źle powodzi. Był „straceńcem”. Po zabiciu odczuwał ulgę wewnętrzną, gdy widział krew, napięcie spadało. Sam widok krwi nie wystarczał do odczucia ulgi, musiał być mord” (z opinii lekarzy psychiatrów).

 

23 lipca 1992 roku odnaleziono kartę daktyloskopijną osoby, która pozostawiła ślady swoich linii papilarnych na szybkie okna piwniczego w domu małżeństwa Beśków. Okazał się nim Henryk Moruś. - Policjant pojechał do Zakładu Kryminalistyki i siedział tam kilka tygodni porównując linie papilarne – wspominał Janusz Sielski. Przejrzał prawie 8 tysięcy kart. Okazało się, że odciski pobrano od Morusia 23 listopada 1963 w Poznaniu po włamaniu do kiosku. Jeszcze tego samego dnia został zatrzymany. W łazience zabójcy z Sulejowa pod wanną znaleziono reklamówkę z biżuterią. W innym miejscu także zegarek i różaniec. Później policjanci natrafili na broń. Schowana była w szafce drewnianego zegara ściennego ułożonego na drewnianym stole kuchennym w pomieszczeniu gospodarczym.

 

Jak opisuje w książce Joanny Podgórskiej Małgorzata Ronc, prokurator, która prowadziła sprawę jego twarz idealnie pasowała do portretu pamięciowego. Nie zgolił nawet brody.

 

Moruś nie przyznał się do zabójstw. Zrobił to dopiero dzień później 24 lipca. Zaprzeczył jednak, że motywem zabójstwa Jęcka (ostatniej ofiary) były pieniądze. Mówił też, że „zabrali mu syna”. Chodziło o najstarszego, który w wieku 19 lat ożenił się z trzy lata starszą od siebie kobietą, wbrew woli rodziców. Syn zeznawał później, że gdy bywał w domu rodziców, ojciec zachowywał się normalnie i spokojnie. „Normalny ojciec, bawił się z dziećmi, potrafił przytulić, pogadać. Zawsze pracowity, nie potrafił usiedzieć bezczynnie”.

 

14 kwietnia 1993 podczas rozprawy w Sądzie Wojewódzkim w Piotrkowie, które przewodniczył sędzia Bogusław Moraczewski, Moruś nie przyznał się do żadnego z czynów. Wyjaśnił, że w postępowaniu przygotowawczym przyznał się tylko dlatego, że był pod wpływem zastrzyków i leków. Złożone wyjaśnienia – jak twierdził – są wyjaśnieniami pani prokurator, a nie jego samego. Podpisywał protokoły ponieważ był pod wpływem szoku i zdaniem oskarżonego szok ten wywołany był aplikowanymi farmaceutykami. Ostatecznie powiedział, że nic nie pamięta i nie chce składać wyjaśnień.

 

Wcześniej Moruś przebywał na obserwacji na Oddziale Psychiatrycznym Szpitala Zakładu karnego nr 2 w Łodzi. Nie stwierdzono niedorozwoju umysłowego ani cech zespołu psychoorganicznego otępiennego. Osobowość oskarżonego ukształtowana jest nieprawidłowo z cechami paranoidalnymi. Charakteryzuje się postawą nieufności i wrogości wobec otoczenia, obniżeniem uczuciowości wyższej oraz zaleganiem negatywnych napięć psychicznych. Osoba zamknięta w sobie, unikająca rozmów i kontaktów, kumulująca negatywne nastawienie wobec innych. Chłód emocjonalny, zgeneralizowana postawa obojętności i nieufności wobec otoczenia. Nie wykazuje jednak objawów choroby psychicznej ani cech niedorozwoju umysłowego. Rozumiał znaczenie czynów i mógł kierować się swoim postępowaniem – czytamy w opinii lekarzy psychiatrów.

 

- Moruś nie okazywał żadnych uczuć, jakby był zupełnie gdzieś obok. Słuchał, ale nie słyszał, patrzył, ale nie widział. Po nim emocji nie było widać. To zachowanie było trochę prowokujące, bezduszne – powiedział nam Jacek Stępnicki były dziennikarz, który relacjonował proces dla ówczesnego Radia Piotrków.

 

W czasie jednej z rozpraw Moruś zdjął spodnie, wypiął się na sędziów i … zrobił kupę. Trzeba było zrobić przerwę, aby posprzątać i wywietrzyć salę. Psychiatrzy nie mieli wątpliwości, że oskarżony próbuje symulować chorobę psychiczną.


13 maja 1993 Sąd Wojewódzki w Piotrkowie skazał Henryka Morusia na karę śmierci. W uzasadnieniu wyroku czytamy m.in.:

 

„Oskarżonego przed sądem cechował chłód uczuciowy, obojętność, arogancja i niechęć do oskarżycieli posiłkowych. Nie stać go było na zwykłe ludzkie współczucie w związku z tragedią jaka ich dotknęła, które powinno mieć miejsce nawet w sytuacji, gdy nie czuł się winnym śmierci bliskich im osób”

 

W ocenie sądu wina oskarżonego Henryka Morusia w zakresie wszystkich siedmiu zabójstw nie budzi żadnych wątpliwości i została należycie udowodniona nie tylko w oparciu o przyznanie się w początkowej fazie śledztwa, ale i w oparciu o obiektywne dowody w postaci m.in. śladów linii papilarnych pozostawionych na miejscach przestępstw, przedmiotów pochodzących z rabunku znalezionych u oskarżonego, broni z której zastrzelone zostały ofiary, farby której użyto do jej pomalowania, wyników ekspertyz i opinii specjalistycznych oraz zeznań świadków.

 

Na wyjątkową perfidię ze strony oskarżonego wskazuje fakt, że w pierwszych wyjaśnieniach ze śledztwa określił się jako wierzący i praktykujący katolik. U podstaw chrześcijańskiego systemu wartości leży ochrona życia ludzkiego w każdego jego postaci. Swoim bezwzględnym i odrażającym działaniem oskarżony naruszył nie tylko obowiązujące prawo, ale i podstawowe zasady moralne oraz zasady wiary. Nie zasługuje więc na to, aby pozostać członkiem społeczeństwa, które w zdecydowanej większości zasady te przestrzega i niezależnie od aktualnej krytyki kary. Sąd miał na uwadze wszystkie aspekty z tym związane i doszedł do wniosku, że oskarżony winien być na trwałe wyeliminowany z naszego społeczeństwa. Oskarżony nie rokuje żadnych szans na poprawę, co tkwi głęboko w jego osobowości. Stanowi stałe i bardzo poważne zagrożenie dla porządku prawnego oraz podstawowych zasad moralnych. Nie ma możliwości jego resocjalizacji”.

 

Sąd Apelacyjny w Łodzi uchylił ten wyrok, sprawa ponownie trafiła do Piotrkowa. W 1995 roku Sąd Wojewódzki ponownie skazał Morusia na karę śmierci (przewodniczący Marian Baliński). Obowiązywało już jednak wówczas moratorium na wykonywanie kary śmierci i w 1998 r. zamieniono mu ją na dożywocie.


- To był chyba najbardziej bezwzględny zabójca, jakiego spotkałam w swojej karierze – mówiła w rozmowie z Podgórską Małgorzata Ronc.

W 2008 roku „morderca z Sulejowa” wniósł o ułaskawienie do ówczesnego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Swoją prośbę motywował tym, że kara, którą do tej pory odbył zmieniła jego życie, stał się lepszym człowiekiem i bardzo żałuje tego co zrobił. W więzieniu doznał duchowego olśnienia i został Świadkiem Jehowy. To właśnie w ich gronie chciałby spędzić resztę swojego życia. Sąd Apelacyjny w Łodzi i Sąd Okręgowy w Piotrkowie wydały negatywną opinię do wniosku o ułaskawienie.

 

Henryk Moruś zmarł 18 sierpnia 2013 roku w szpitalu więziennym w Czarnem w województwie pomorskim. Miał 70 lat.


Zainteresował temat?

0

4


Komentarze (17)

Zaloguj się: FacebookGoogleKonto ePiotrkow.pl
loading
Portal epiotrkow.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników. Osoby komentujące czynią to na swoją odpowiedzialność karną lub cywilną.

Bjnn ~Bjnn (Gość)18.04.2021 07:36

Nikogo to nie interesuje może napiszecie w końcu artykuł że paliwo w Piotrkowie jest drogie tańsze w Łodzi to samo z mieszkaniami a pensje najmiejsze w kraju czekamy na taki artykul

72


czy warto ~czy warto (Gość)17.04.2021 20:07

przykro jest że takie rzeczy spotykaja nas nie róbcie sensacji z czynów mordercy .pomyście o jego rodzinie co oni musieli wtedy przezywac ze ktos z ich bliskich jest morderca .po co im przypominac ból ktory przezyli gdy ich sadzono .nikt nie jest winny za swoja rodzina ale czesto nas osadzaja za ich czyny

52


Jarosław singiel ~Jarosław singiel (Gość)17.04.2021 11:09

Trynkiewicz,Moruś,LGBT,Opozycja czy Piotrkowianie nie zasługują na pozytywne artykuły?

107


go?ć_gość ~go?ć_gość (Gość)17.04.2021 10:15

Pamiętam jak zabił Panią Grabowską (ciepła,sympatyczna która nie raz poczęstowała ciastem czy landrynkiem nas małych) mieszkającą na Nowym Osiedlu we Włodzimierzowie, dużo było tam wtedy milicji - jaka to była sensacja i strach . Do dnia dzisiejszego gdy przechodzę koło domu Morusiów w Sulejowie przechodzą mnie ciary . Jak trzeba było mieć zryty łeb żeby dopuścić się takich czynów . On mógł zabić każdego z naszych rodziców bo bardzo duża część mieszkańców Sulejowa go znała a i o kawałek murarza było trudno . U mojego taty też bywał i kiedyś coś murował......... Ale tu wszystko skończyło się dobrze . Dobrze, że już nie żyje i tak samo powinno być z Trynkiewiczem !!!!!

80


Nie pozdrawiam ~Nie pozdrawiam (Gość)17.04.2021 12:48

Powinny być dopuszczone tortury w takich przypadkach

41


Jurek ~Jurek (Gość)17.04.2021 12:36

Najgorsze ze on byl ograniczony fizycznie i psychincznie a taka krzywde wyrzadzil ludziom

30


brak słońca? ~brak słońca? (Gość)17.04.2021 10:42

Czy jesteście jeszcze w stanie napisać o jakiś pozytywach życia, czy będziecie nam przypominać i ładować w nas ZŁE ENERGIE z przed "100" lat, abyśmy nawet przez moment nie czuli radości życia. Czy to "rozkaz" od górny, czy "gadzia " część mózgu w was dominuje, bo że ją ma każdy to już stwierdzono naukowo dawno, tylko że miała służyć nam do szybkiej reakcji razie ataku na naszą osobę.

63


Szok ~Szok (Gość)17.04.2021 07:50

Ciary przechodzą człowieka jak się to czyta,dobrze że go złapali bo ofiar byłoby dużo więcej

61


go?ć_mirek ~go?ć_mirek (Gość)17.04.2021 08:03

Artykuł całkiem ciekawy. Szkoda tylko, że zawiera taką dużą ilość błędów. Drobnych, ale błędów. Warto pomyśleć o zatrudnieniu korektora.

83


reklama

Społeczność

Doceniamy za wyłączenie AdBlocka na naszym portalu. Postaramy się, aby reklamy nie zakłócały przeglądania strony. Jeśli jakaś reklama lub umiejscowienie jej spowoduje dyskomfort prosimy, poinformuj nas o tym!

Życzymy miłego przeglądania naszej strony!

zamknij komunikat